Dungeon Siege: W imię króla – obsada filmu

Gra RPG z rozbudowanym światem kontra film fantasy skrojony pod kino akcji – właśnie na tym zderzeniu najlepiej widać, czym jest „Dungeon Siege: W imię króla”. Produkcja z 2007 roku nie zapisała się jako wzorcowa adaptacja gry, ale do dziś przyciąga uwagę jedną rzeczą: zaskakująco głośną obsadą. To film, w którym obok siebie pojawili się Jason Statham, Ray Liotta, Burt Reynolds, John Rhys-Davies i Ron Perlman, czyli nazwiska, których mało kto spodziewał się akurat w takim projekcie. Jeśli celem jest szybkie sprawdzenie, kto gra kogo i czy ta obsada rzeczywiście miała sens, wszystko da się uporządkować bez błądzenia po ogólnikach.

Najważniejsza obsada filmu „Dungeon Siege: W imię króla”

Polski tytuł brzmi „Dungeon Siege: W imię króla”, a oryginalnie film funkcjonuje jako „In the Name of the King: A Dungeon Siege Tale”. Reżyserem był Uwe Boll, a sam film luźno inspirował się grą Dungeon Siege. Obsada jest mieszanką kina akcji, fantasy i nazwisk kojarzonych z mocnymi rolami charakterystycznymi.

  • Jason Statham – Farmer
  • Leelee Sobieski – Muriella
  • John Rhys-Davies – Merick
  • Ron Perlman – Norick
  • Burt Reynolds – Król Konreid
  • Matthew Lillard – Duke Fallow
  • Ray Liotta – Gallian
  • Claire Forlani – Solana
  • Kristanna Loken – Elora
  • Brian J. White – Tarish

Już sam ten zestaw pokazuje, że producenci celowali w rozpoznawalność. Problem polegał na tym, że film próbował być jednocześnie epickim fantasy, widowiskiem akcji i adaptacją gry, przez co część aktorów wyglądała jak świetny materiał wrzucony do nierównej całości.

Największym magnesem filmu była obsada, nie marka gry. Dla wielu widzów to właśnie obecność Stathama, Liotty i Perlmana była głównym powodem, by w ogóle sięgnąć po ten tytuł.

Jason Statham jako Farmer – centralna postać filmu

Jason Statham gra bohatera określanego po prostu jako Farmer. To postać z założenia prosta: człowiek z prowincji, któremu wojna i osobista tragedia wywracają życie do góry nogami. W praktyce to klasyczny heros wrzucony w świat fantasy, tylko z twarzą aktora kojarzonego bardziej z nowoczesnym kinem akcji niż mieczami, magią i średniowiecznym kostiumem.

To właśnie ten casting budził najwięcej komentarzy. Statham wniósł do filmu fizyczność, dynamikę i wiarygodność w scenach walki, ale jednocześnie trudno było nie zauważyć, że jego ekranowy styl średnio stapia się z baśniowym światem. Nie każdemu to przeszkadzało – część widzów uznała wręcz, że dzięki niemu film ma choć trochę energii.

Obok niego pojawia się Claire Forlani jako Solana, żona Farmera. Jej rola jest ważna fabularnie, bo to wokół utraty rodziny i zemsty budowana jest motywacja głównego bohatera. Sama postać nie dostała jednak tyle przestrzeni, ile mogłaby dostać w mocniej napisanym scenariuszu.

Antagoniści i postacie dworskie – tu dzieje się najwięcej

Jeśli szukać w tej obsadzie aktorów, którzy naprawdę zostają w pamięci, bardzo szybko dochodzi się do drugiego planu. Zwłaszcza do tych, którzy grają czarne charaktery albo ludzi uwikłanych w politykę królestwa.

Ray Liotta wciela się w Galliana, głównego przeciwnika. To czarodziej o ambicjach wykraczających daleko poza zwykłe intrygi. Liotta gra szeroko, momentami wręcz teatralnie, ale właśnie taka przesada dobrze wpisuje się w baśniowy antagonizm. To nie jest subtelny złoczyńca i chyba nie miał nim być.

Matthew Lillard jako Duke Fallow dokłada do tego chaos, nerwowość i wyraźnie przerysowaną energię. W jednym filmie z Rayem Liottą daje to duet, który trudno uznać za stonowany. Dla jednych to wada, dla innych jedna z niewielu rzeczy, które nadają całości charakter.

Burt Reynolds zagrał króla Konreida, a więc postać reprezentującą władzę i porządek starego świata. To wybór zaskakujący, ale zrozumiały – potrzebne było nazwisko z ekranową charyzmą. Z kolei John Rhys-Davies jako Merick i Ron Perlman jako Norick dodają filmowi fantasy wiarygodności, bo obaj od lat byli z tym gatunkiem kojarzeni znacznie naturalniej niż część reszty obsady.

Ron Perlman i John Rhys-Davies należeli do tych aktorów, którzy najbardziej „sprzedawali” klimat fantasy samą obecnością na ekranie. Nawet gdy film się chwiał, oni wyglądali, jakby byli we właściwym świecie.

Kobiece role w obsadzie – ważne, ale nierówno rozpisane

W kobiecej części obsady najmocniej wybijają się Leelee Sobieski, Claire Forlani i Kristanna Loken. Każda z tych aktorek dostała inny typ postaci, ale żadna nie otrzymała materiału, który pozwoliłby naprawdę zdominować ekran.

Leelee Sobieski gra Muriellę, postać powiązaną z magią i wiedzą o świecie przedstawionym. To rola potrzebna fabularnie, bo porządkuje część wątków i przesuwa akcję do przodu. Problem w tym, że film nie zawsze daje jej dość miejsca, by wybrzmiała jako pełnoprawna bohaterka, a nie tylko przewodniczka po intrydze.

Kristanna Loken jako Elora wnosi bardziej wojowniczy ton. Dla widzów kojarzących aktorkę z ról silnych, chłodnych i fizycznych był to dość logiczny wybór. Z kolei Claire Forlani miała stworzyć emocjonalny punkt odniesienia dla historii Farmera, ale scenariusz bardziej wykorzystuje jej postać jako impuls fabularny niż samodzielną siłę dramatu.

Czy obsada pasowała do świata Dungeon Siege?

To pytanie wraca najczęściej przy tym filmie. Sama odpowiedź nie jest zero-jedynkowa. Pasowały pojedyncze nazwiska, nie zawsze pasowała cała układanka.

Aktorzy tacy jak Rhys-Davies, Perlman czy nawet Liotta bez większego oporu wpisują się w konwencję wysokiego fantasy albo mrocznej baśni. Gorzej z wrażeniem spójności. Statham gra jak bohater kina akcji wrzucony do innej bajki, Lillard idzie w mocne przerysowanie, a Reynolds niesie ze sobą aurę zupełnie innego typu kina. W efekcie niektóre sceny wyglądają tak, jakby spotkały się w nich trzy różne filmy.

Z drugiej strony właśnie to bywa dla części widzów ciekawe. „Dungeon Siege: W imię króla” nie jest produkcją subtelną, więc taka obsadowa mieszanka potrafi dać sporo osobliwej frajdy. Nie jako czysta, wierna adaptacja gry, tylko jako fantasy klasy B z budżetem, który chciał mierzyć wyżej.

  • Najlepiej odnajdują się: Ron Perlman, John Rhys-Davies, Ray Liotta
  • Najbardziej zaskakuje: Jason Statham jako heros fantasy
  • Najmocniej przerysowany występ: Matthew Lillard
  • Najbardziej niewykorzystane role: Claire Forlani i Leelee Sobieski

Dlaczego obsada filmu do dziś budzi zainteresowanie?

Powód jest prosty: rzadko trafia się film, który ma tak nierówną opinię, a jednocześnie tak rozpoznawalne nazwiska. Widzowie często wracają do tego tytułu nie dlatego, że to wybitna adaptacja gry, ale dlatego, że chcą sprawdzić, jak w jednym świecie fantasy funkcjonują Statham, Liotta, Reynolds i Perlman.

Znaczenie ma też moment kariery części aktorów. Statham był już twarzą kina akcji, Liotta miał wyrobioną markę ekranowego twardziela, a Rhys-Davies i Perlman byli dla fanów fantasy i kina gatunkowego postaciami bardzo dobrze znanymi. To sprawia, że obsada wygląda mocniej niż sam film.

Dla osoby, która dopiero poznaje ten tytuł, najuczciwsze podsumowanie brzmi tak: to nie obsada uratowała film, ale to właśnie obsada sprawiła, że film nie zniknął z pamięci widzów. I jeśli interesuje przede wszystkim skład aktorski, „Dungeon Siege: W imię króla” nadal ma czym przyciągnąć uwagę.